Sunday, 5 July 2020

Dariusz Sztanderski (aka Johnny) 1964 - 2000

GDZIE JEST STARY PHANTOM
krzyczane kiedyś na koncertach, to hasło, którego autorem jest Bugs.
Bugs i Darek z Rezerwowej Armii Pracy piszą książkę o łódzkim punku lat 80.; żeby książka była wiarygodna i ciekawa potrzebują jak najwięcej relacji uczestników i informacji z pierwszej ręki. Do wielu osób już dotarli, ale jeśli jeszcze ktoś może wspomóc autorów, dołożyć relację, anegdotę, zdjęcie czy film, byłoby wspaniale.
Sama zaczęłam od RAP'u a dotarłam do rapu, a jak wasze historie? Jeśli zechcecie coś dorzucić, podam maila lub/i telefon Bugsa na priv, jeśli wolicie krótki komentarz tutaj, to mu prześlę. Na razie wszystkie dotychczasowe wspominki łączy osoba Bogusia Michalonka<3 br="">
Może tu znajdziecie natchnienie?
Nie bardzo wiem, od czego zacząć, bo nie byłam w tamtym czasie nikim znaczącym, chodziłam tylko na koncerty, i od pierwszego koncertu, na jaki poszłam muzyka była najważniejsza. Dawała mi doznania, których żadna inna forma sztuki nigdy we mnie nie wzbudziła; docierała do trzewi, poruszała i dawała chwilowe poczucie mocy. 
Mieszkałam na Teofilowie, blisko była Lutnia, trochę dalej Żubardź a potem przeróżne miejscówki, które teraz zlewają mi się w jedno, bo do większości z nich z Teofki to była wyprawa. A więc Dąbrowa, Widzew, Lodex (Buczka?), Łagiewnicka, i jakiś adres gdzieś za Uniwersalem, ale nie pamiętam więcej. Nie bardzo miałam rozeznanie, bo to były nieznane mi rejony; do tego stopnia, że raz jadąc na koncert na Widzew, zajechałam na Dąbrowę, czy też odwrotnie. Jechałam sama, miałam przesiadkę koło Centralu, więc jak zobaczyłam kolesia w skórze, to założyłam, że jedzie na koncert i wsiadłam do tego samego tramwaju. Nie jechał. Spóźniłam się na Rockowisko w Bistonie bodajże. Pamiętam, że dotarłam tam, jak już wszyscy byli i postanowiłam usiąść na takim turystycznym stoliku na korytarzu w części centralnej, chyba schody z dwóch stron jeszcze były, ludzi pełno, a ten stolik się złożył, co było niezłą traumą, bo miałam kompleksy na punkcie wyglądu i jeszcze Guma to skomentował, ale nie pamiętam jak, teraz myślę, że może chciał, żebym się lepiej poczuła, choć nawet nie pamiętam, czy się wtedy znaliśmy.
Może z tamtych czasów bierze się też to, że jak idę na koncert nie muszę mieć towarzystwa, bo jak gra muzyka, którą czuję, to się w nią wkręcam.
Co do muzyki też nie pamiętam, co widziałam pierwsze, bo te niezliczone koncerty zlały mi się w jeden ciąg wykonawców i miejsc. Na pewno gdzieś tam od początku przewijał się Phantom i Boguś Michalonek, którego wtedy znałam tylko z widzenia, a ponieważ mieszkał niedaleko, często go widywałam, takiego z innej bajki w beżowym prochowcu, meloniku i okularach, a na koncertach w wyraźnym makijażu. Wtedy była to bez wątpienia najbardziej fascynująca osoba, a jeszcze dla nastolatki człowiek, który miał ponad 20 lat to już nawet pokoleniowo wydawał sie odległy.  
Przez całe lata większość ludzi z koncertów znałam tylko z widzenia, ale mam wrażenie, że wszyscy wtedy chodzili na wszystko, i po jakimś czasie rozpoznawaliśmy się nawzajem.
Bardzo wyraźnie pamiętam Gruchę z tamtych czasów, mega przystojny wysoki brunet w czarnej skórze, często stał z tyłu sali z rękami założonymi na piersiach;  widziałam, że zna wszystkich, których sama znałam tylko z widzenia. Po jakimś czasie kojarzyłam już załogę punkową, ale wiele osób poznałam, kiedy czasy świetności minęły, a niektórych wcale, choć dobrze ich pamiętam.
Aśa przypomniała mi właśnie: „bardzo mi w pamięci zostało, jak jechałyśmy do miasta autobusem B albo 78 i przez okno zobaczyłaś Gruchę, który szedł Lutomierską. Nie było zmiłuj, musiałyśmy wysiąść na najbliższym przystanku”.
Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Kubę, Ślinę, Johnnego, Grzywę, Sida, Wąsatego, Małpę, Synka, Pjetję i wielu innych, ale pamiętam, kiedy poznałam Chujana, bo zszokowało mnie, że jest jeszcze w podstawówce. To był zespół TNT albo Detonator, nie pamiętam, które wcielenie było pierwsze, ale na pewno w Lutni i tam chyba też po raz pierwszy widziałam Brak.
Z moimi koleżankami z klasy zrobiłyśmy sobie koszulki z napisem Brak z przodu i TNT na plecach. Moja najlepsza przyjaciółka Aśa ma talent plastyczny, zrobiła szablon i resztę, i przez jakiś czas w trójkę, Aśa, Beata W. i ja chodziłyśmy w takim rynsztunku. 
Załoga punkowa była dla mnie egzotyką, sama wydawałam się sobie tak zwyczajna, że nawet przez myśl mi nie przeszło, że ktokolwiek mógłby mnie zauważyć, a co dopiero zapamiętać. Jak już znałam Kubunia zadziwił mnie, bo potrafił opowiedzieć w co byłam ubrana na paru dawnych koncertach. Ponieważ b. długo mama wybierała mi ubrania i dostawałam ciuchy od cioci z Ameryki to  bywałam na koncertach punkowych w grzecznych sukienkach grzecznej dziewczynki, jaką z perspektywy czasu widzę, że byłam. 
Na szczęście jak zaczynała grać muzyka wszystko inne przestawało się liczyć i czułam, że żyję. 
Tych koncertów było b. dużo, pamiętam jak mama mówiła, że przecież i tak nie uda mi się pójść na wszystkie, a ja upierałam się, że jednak uda i myślę, że na większości koncertów w tamtych czasach byłam. 
Domy kultury i różne instytucje nie tylko organizowały koncerty, również pokazy filmów a także udostępniały sale prób, i też się odwiedzało muzyków na próbach np w ZTK Teofilów, Lutni, Siódemkach czy gdzieś daleko, gdzie Insekty miały próby.
W którymś momencie znałam już niektóre zespoły, kumplowałam się z Piotrusiem Rogozińskim czyli Rogozem, a nawet raz miałam szczęście załapać się na wyjazd z Moskwą do Poznania jako 'akustyk', dzięki czemu dostałam jedynkę w hotelu. Pamiętam, że tam raz przyszedł do nas Paweł Kukiz powiedzieć Moskwie, jak bardzo się mu podoba ich muzyka, a z kolei oni byli zajarani Kukizem. 
Na tym wyjeździe był też Kuba (Pistolet) i tam chyba się poznaliśmy. 
Chciałabym móc napisać więcej o poszczególnych zespołach, ale nie pamiętam. 
Byłam tak bardzo spragniona muzyki, że chyba wszystko mi się podobało, ale nawet jak mi się podobało, to umknęły mi nazwy czy nazwiska. Teraz przyszło mi do głowy nazwisko Piotr Kaczmarek - na Żubardziu grał jakiś zespół, gdzie wokalista tak się nazywał. zapamiętałam bo znałam trzech Piotrków Kaczmarków - jeszcze Struś się tak nazywał i kolega z klasy. Ale co sie z nim stało, kto to był? Mam dziury w pamięci. 
Wczoraj pisałam z Synkiem, przypomniał mi Pietię, natychmiast skojarzyłam Pietja aka Burak, pamiętam go bardzo dobrze i natychmiast bym rozpoznała, ale okoliczności mi gdzieś umknęły. Tak samo pamiętam takiego gościa, którego poznałam na próbach Insektów, był miły i grzeczny, dopiero po jakimś czasie dowiedziałam się, że Podły nie cieszył się dobrą sławą. Może dlatego, że nie byłam uprzedzona miło się nam gawędziło i sączyło jakieś napoje.
Nie byłam też specjalnie spostrzegawcza, a właściwie wyjątkowo mało rozgarnięta pod tym względem. Kuba mówił, że muszę się potknąć, żeby zauważyć coś oczywistego.
Bardzo mi się podobała Rezerwowa Armia Pracy, którą pamietam z koncertu na Żubardziu; wiele nazw zapomniałam, ale RAPu nigdy. 
Pamiętam wielkie wrażenie, jakie zrobił na mnie Brak, ale też hasło „Gdzie jest stary Phantom”, które z upodobaniem wszyscy krzyczeliśmy przez lata na koncertach. Dopiero teraz wiem, że wymyślił to Bugs. Nawet w lipcu zeszłego roku (2019) na koncercie Blitzkriegu 'zakrzyczałam' pod nosem, ale wiedziałam, że nikt nie podchwyci.
Co do Bogusia Michalonka mam anegdotkę - spotkała się u mnie grupka na wspólne oglądanie Ptaków Hitchcocka i akurat szłam do kuchni po coś, jak ktoś zapytał, czy to będzie w kolorze czy czarno-biały a na to Boguś: „na moje oko ten film jest czarno-biały”. zamarłam, nie wiedząc, co się wydarzy, ale Boguś też się roześmiał, więc wszystkim ulżyło. Boguś miał jedno oko szklane i był daltonistą. No i fenomenalnym wokalistą. Oprócz tego nauczył mnie robić zapiekankę warzywną, czyli warstwowo warzywa różne w naczyniu żaroodpornym trochę oliwy i w 20 minut pyszny tani posiłek. Boguś mieszkał blisko Teatru Arlekin w niedużym mieszkanku przez które przewinęły się dzikie tłumy. Był super inteligentny i zdolny, ale nie miał instynktu przetrwania chyba. Na tych z nas którzy żyją świetne określenie wymyślił Szmalec: „przetrwalniki”.
Dawnym czasom zawdzięczam też definicję przyjaciela. 
Znałam już Johnnego i szliśmy z jakiegoś koncertu, czy na koncert; skinheadzi chcieli skroić Helmuta ze skóry i podleciał do Jasia a Jasiu wziął go pod rękę z jednej strony (ja z drugiej), a po drugiej stronie ulicy szli kumple Janka: Grzywa, Małpa i jeszcze jeden (nie pamiętam ksywki, chyba nie żyje prawie tak długo jak Małpa albo coś koło tego i chyba też z Karolewa jak Johnny, Grzywa i Małpa), więc Herr aka Helmut był już bezpieczny - było widać, że kumple Janka obserwują sytuację i Janek powiedział wtedy, wskazując na nich: „te chłopaki mi nigdy na plecy nie wskoczą” albo „ci chłopacy”, i dla mnie to nadal definicja przyjaźni.
Od Jasia też przejęłam wyrażenie „zdrowy tryb życia i dobrobyt”. Ostatni raz widzieliśmy się na moim podwórku na Piotrkowskiej jakoś chyba wczesną jesienią 2000 r. Wyglądał tak strasznie, że uderzyłam w lament, Jasiu, jak ty wyglądasz,  co się dzieje, zrób coś itd. itp. a on mi na to: „zdrowy tryb życia i dobrobyt”. W Sylwestra dowiedziałam się, że nie żyje. 
Parę lat wcześniej chciał podarować Misiaczkowi (mojemu dziecku) rowerek i Aśa zawiozła nas do niego na Retkinię a tam był taki syf, że jak Misio chciał zjeść ciasteczko z talerzyka, to nie pozwoliłam, bo nie byłam pewna, czy biała posypka to tylko cukier. A rowerek był w takim stanie, że dotarło do mnie, że Jasia postrzeganie rzeczywistości się trochę odrealniło.
Ale na tej ulicy z Helmim Jasiu był jeszcze postacią. Przynajmniej tak go postrzegaliśmy ja i Helmut, i może ten nasz wspólny sentyment do Janka i Kuby podtrzymuje naszą znajomość, bo od tamtej pory mamy kontakt, nie zawsze regularny, ale jednak łączą nas całe lata znajomości. Janka odwiedzamy razem na cmentarzu na Szczecińskiej. Kuba zmarł w sylwestra, kiedy już mieszkałam w Gdyni (jak powiedział Herr „zawsze był złośliwy”), więc jeszcze mamy w planach cmentarz na Dołach, bo sama nie trafiłam mimo mapki z wyszukiwarki grobów.
Wracając do Jasia był bardzo życzliwy i spostrzegawczy. Potrafił zauważyć nowy makijaż i skomplementować fryzurę tudzież bez ogródek mówił co myśli o moich ”wynalazkach” jak określał me obiekty westchnień.  
dodatek od Aśi: 
„a jeszcze pamiętam jak dostałaś od Cioci piękne amerykańskie szpilki z lat 60-tych, klasyka! no i w tych najpiękniejszych szpilkach świata wybrałyśmy się do Hali Sportowej na jakiś koncert, nie pamiętam, może to było Rockowisko. Tyle tylko, że ja polazłam pod scenę w sam środek pogo. No cóż, skończyło się tak, że wyskoczyłam z butów, dosłownie!”