Monday, 1 July 2013

back from the dead: Kurt Cobain 1967-1994; Radek Androjna a.k.a. Ślina 1966-1994, czyli 1994 revisited

W Za tobą na koniec świata Enrico Ponceli jest zdanie z Goethego: 'Człowieku, pomóż sobie sam'.
Pani od rosyjskiego uczyła nas w liceum: 'Tolko durak uczitsja na swaich aszybkach - umnyj czieławiek uczitsja na czużich'. Obie sentencje są prawdziwe, tylko co z tego, skoro niewielu znam ludzi, którym udałoby się tej prawdzie umknąć, zwłaszcza ironii pierwszej z nich: 'Człowieku pomóż sobie sam'.
I czy o to chodzi w tych dziesiątkach zgonów, które nas poruszają, bo oto znowu odszedł, zabił się, zaćpał, zapił, zmarł ktoś taki niepogodzony z życiem, ze sobą, taki szlachetny, wrażliwy, twórczy, niezwykły, a taki samotny, bezradny.
Jeżeli te śmierci nie dotyczą naszego pokolenia i naszego czasu czy miejsca, wspomnienia pośmiertne mogą drażnić, bo dlaczego dopiero jako nieboszczycy zasługują na żal, zrozumienie, chęć udzielenia pomocy Odmieńcy, których omijano z daleka bo właśnie inni, bo krępujący swoim stanem upojenia i nieprzewidzialności zachowań, bo kłopotliwe spotykanie w ich towarzystwie znajomych.
Nieraz zdarzało mi się odczuwać to zniecierpliwienie żałobnym tonem wspominków, bo oto odszedł jeszcze jeden wspaniały, o którym za jego życia cicho sza.
Teraz odkrywam, że może jednak te irytujące wspominki miały swą prawdę, bo oto parę tygodni temu umiera Radek Androjna, Poeta, Anioł Upadły, Inny. Parę miesięcy temu ginie Kurt Cobain, lider Nirvany.
Obaj nawet nie 30-letni, obaj artyści, obaj próbujący otworzyć sobie drzwi i odnaleźć inną percepcję przy pomocy chemii, obaj, jak mi wiadomo, kochani przez swoje żony, kochający swe córki; jasnowłosi,
o niewinnym wyglądzie.
'Człowieku pomóż sobie sami'.
Sława obu różni się zasięgiem. O Cobainie słyszały miliony; sława Radka była sławą lokalną sięgającą początku lat 80-tych. Nie zmienia to istoty ich życia i śmierci, którą na siebie ściągnęli. Tej wrażliwości, która umieszcza ich pośród bohaterów drukowanych niedawno w Verte wierszy Dominika Rypalskiego 'podobnych do ognia bohaterów idących wciąż i wciąż dalej natchnionych poetów, których celem jest szybkie życie i młoda śmierć'.
Opłakuję ich i pragnę zatrzymać choć trochę pamięci o nich. Żałuję, że nie potrafię uczynić tego muzyką bądź wierszem. Po Cobainie została Nirvana, wiersze Radka pewnie uda się komuś kiedyś pozbierać.
Choć słyszałam ich wiele, pamiętam jedynie trzy słowa, początek jednego: Hej jak wysoko...
Słowa miewają moc sprawczą. Moc sprawcza tych trzech polegała na tym, że wywalano nas z knajp, do czego przyczyniał się fakt, że Radek wygłaszał je stojąc na krześle.
Działo się to zaledwie parę lat temu - teraz nie wylatuje się z knajpy za deklamowanie wierszy, nie trzeba również brać wuzetki do piwa lub wina.
I zaledwie parę lat temu Radek był postacią w kręgu, którego też już nie ma. Wspólnoty ludzi, którzy chodzili na te same koncerty i to wystarczało, żeby rozpoznawać się na ulicy.
Radek istniał wtedy w świadomości ludzi niekoniecznie znających jego wiersze, choć przy bliższym poznaniu przychodził i ten etap.
Zwracał uwagę jakąś delikatnością i elegancją w wyglądzie, innością stroju, tym bardziej rzucającą się w oczy  na tle punkowego rynsztunku 'starej załogi', a i tak jego przyjaciel z tamtych czasów, Kuba Bujnowicz, mawiał: punki mieszkają na Nowotki, bo tam się poznali.
Nie piszę tego, żeby pokazać, że opłakuję Radka bardziej niż inni. Raczej żeby poradzić sobie z tym żalem, nawet wstydem, za wprawdzie nieświadome, ale jednak odsunięcie się kiedyś. Żeby przypomnieć sobie jego wiersz, z któego tylko trzy słowa znam na pamięć. I jako pożegnanie.
PS
Parę dni temu zmarł Ryszard Riedel, lider formacji Dżem. Jeszcze dwa cytaty:
'Idź do diabła mówią ludzie pełni cnót...'
... lecz nie wiedzą, że najgorzej w życiu to samotnym być'

Wiersz bez tytułu Radka Androjny:

Chyba umieram. Wszystko takie, się rozsypuje, rozpada
- jakie jest - trwoniąc rzeczy i dokonane w nich przeznaczenie
Czas, cyrklem słońca, ślubi ją. Ona martwieje
i nieba już im na dach nie wystarcza
Oh, krzyczy ona                                                         Ona-                                                  
Dokąd zdążę! Pobiegnę! Jeszcze!              Z retkińskich, widzewskich, wszystkich
- do miejsc którymi żyłam.                         - wypuścić! Meduzy z bloków ich
On, jej welon wiejąc beznamiętnie               zamieszkania. Niech się zamienią
zapiera widokami dech, lęk tajemniczy        w ciekły asfalt, niech wreszcie
jakby kukłę pustą                                             ulicami rwą.           
    wywraca na istnienia brzeg                          Lecz On mówi
i mówi: chyba umieram                               - Nie. Zostaną tu kurwa jak chcą.
                                                                           ja umieram.

1994 Łódź
Fotografik extraordinaire Robert Laska:
http://robertlaska.com/radek-androjna/